Część trzecia wywiadów: NIEFORMALNA GRUPA FEMINISTYCZNA DURGA i jej przedstawicielka NATALIA KOWBASIUK…
Zrozumiałam, dlaczego denerwowało mnie to, że w podstawówce, zwłaszcza w ostatnich klasach, moje koleżanki zmieniały tematy rozmów, gdy na horyzoncie pojawiał się któryś z kolegów. Przenosiły na niego całą uwagę. Miałam wrażenie, że zdobycie chłopaka to była dla nich sprawa życia i śmierci, towarzyskie „być albo nie być”. Dla koleżanek nic więcej się nie liczyło, a już na pewno nie przyjaźń z innymi dziewczynami.
Na pomysł założenia organizacji kobiecej wpadły studentki polonistyki i uczestniczki spotkań grupy Gender Studies przy Instytucie Filologii Angielskiej Uniwersytetu Wrocławskiego – Monika Borkowska i Agnieszka Kokoszkiewicz. Jak same przyznają, początkowo nie wiedziały, co dokładnie chcą robić, ale były świadome tego, że coś zrobić trzeba. Mówią o tym, że wiele działo się w warszawskim i krakowskim środowisku feministycznym, a we Wrocławiu panował dziwny marazm. Chciały to zmienić.
W poszukiwaniu nazwy dla przyszłej grupy Monika Borkowska przeglądała Encyklopedię Drugiej Płci Władysława Kopalińskiego. Pod hasłem „Durga” krył się opis indyjskiej bogini, której imię oznacza „Nieprzystępna”. Brzmiało nieźle i opis też pasował. – mówi Borkowska – Zdecydowałam, że tak nazwiemy naszą nieformalną grupę feministyczną. Wkrótce do organizacji dołączyła Katarzyna Gawlicz, która była w niej wiodącą postacią.
O Durdze oraz inicjatywach opowiedziała mi Natalia Kowbasiuk.
Natalia Kowbasiuk ma 26 lat. Na Uniwersytecie Wrocławskim skończyła stosunki międzynarodowe ze specjalnością problemy globalne. Od dwóch lat mieszka w Luksemburgu. Oprócz propagowania feminizmu, lubi zajmować się dziennikarstwem, rysunkiem, video oraz pracami w ogródku.
Dołączyłaś do Durgi w trakcie jej działalności. Jak do tego doszło?
Trafiłam do nich przez ogólnopolską listę genderową, prowadzoną przez eFKę. Wysłałam wiadomość, w której się przedstawiłam i napisałam, że jestem z Wrocławia. Odezwała się do mnie Kasia Gawlicz z pytaniem czy chciałabym pomóc zorganizować manifestację. Chodziło o statek „Langenord”, który przypłynął wówczas do Polski. Byłam wtedy zupełnie zielona, dopiero zaczynałam się interesować feminizmem, ale skontaktowałam się z dziewczynami z Durgi i zorganizowałyśmy tę manifestację. Demonstrowałyśmy poparcie dla kobiet z „Langenorda” i prawa kobiet w Polsce do aborcji.
Ale przecież rzecz działa się we Władysławowie. Dlaczego więc wasza akcja we Wrocławiu?
Chciałyśmy pokazać solidarność z tamtymi kobietami, bo były atakowane przez prawicę i Wszechpolaków. Postanowiłyśmy wykorzystać to wydarzenie także do poruszenia jeszcze raz kwestii braku dostępu do aborcji.
Jak dużym zainteresowaniem cieszyła się ta pikieta?
Uczestniczyło w niej może 100 osób. Tak jak zazwyczaj to bywa na demonstracjach we Wrocławiu.
Dlaczego tak mało kobiet przychodzi na takie manify?
To dobre pytanie, lecz trudno na nie odpowiedzieć. Na pewno przyczyn jest wiele.
W Polsce akcje uliczne w ogóle nie cieszą się masowym uczestnictwem, może oprócz Warszawy. Mam wrażenie, iż Polki i Polacy ciągle boją się manifestować swoje poglądy polityczne, zwłaszcza w miejscach publicznych. Zresztą ta przestrzeń coraz bardziej się kurczy i to stanowi kolejny problem. Centra naszych miast zostały skolonizowane przez kapitalizm. Służą one obecnie głównie konsumpcji i rozrywce w prywatnym gronie znajomych, nie ma miejsca na debaty światopoglądowe. Feminizm, zwłaszcza ten radykalny, jest ciągle prezentowany przez media w ohydnie stereotypowy sposób, mimo że tak wiele jego postulatów, np. walka z przemocą domową, już jakiś czas temu przedostała się do mainstreamu. Musimy pamiętać też o tym, iż wiele kobiet po prostu nie ma czasu by w manifach brać udział. No i zdecydowanie nie sprzyja nam pogoda. Gdyby 8 marca był w czerwcu, na pewno byłoby dużo lepiej.
Co było dla ciebie bodźcem do tego, że zapisałaś się na listę genderową?
Nie wiem dokładnie, skąd mi się to wzięło. Na pewno na kształtowanie się moich poglądów miały wpływ lektury. Zaczęłam czytać na temat gender, płci. Książki otworzyły mi oczy na problem stereotypów płciowych. Pierwsza w ręce wpadła mi Nowa świadomość płci w modernizmie Germana Ritza. To zbiór tekstów analizujących literaturę i kulturę polską oraz rosyjską. Ciekawym doświadczeniem było poznanie, z zupełnie innej perspektywy, utworów autorek, które omawia się w szkole, np. Zofii Nałkowskiej. Później czytałam teksty Agnieszki Graff, Simone de Beauvoir. Dowiedziałam się, że to co uważa się za uwarunkowane biologicznie, tak naprawdę jest determinowane społecznie. Stereotypy płciowe legitymizują męską dominację w społeczeństwie. Mężczyźni jako grupa społeczna mają więcej władzy, niż kobiety jako grupa społeczna. Chociaż w niektórych przypadkach ta reguła może się nie sprawdzać, gdyż władza łączy się nie tylko z płcią, lecz również klasą, rasą, etc. Ta perspektywa dała mi inne spojrzenie na sporo problemów z mojego życia, związanych z relacjami z facetami i ogólnie z funkcjonowaniem w społeczeństwie.
Jakie to były problemy?
Podam przykład. Zrozumiałam, dlaczego denerwowało mnie to, że w podstawówce, zwłaszcza w ostatnich klasach, moje koleżanki zmieniały tematy rozmów, gdy na horyzoncie pojawiał się któryś z kolegów. Przenosiły na niego całą uwagę. Miałam wrażenie, że zdobycie chłopaka to była dla nich sprawa życia i śmierci, towarzyskie „być albo nie być”. Dla koleżanek nic więcej się nie liczyło, a już na pewno nie przyjaźń z innymi dziewczynami. Po przeczytaniu różnych lektur genderowych mogłam zrozumieć, skąd się to bierze i dlaczego mnie to denerwuje.
Wróćmy do Durgi, co jeszcze zorganizowałyście?
We wrześniu tego samego roku, w ramach „16 dni”, chciałyśmy zrobić we Wrocławiu wystawę „Moje życie, moja decyzja”. Miała zawisnąć w Bibliotece Uniwersyteckiej. Byłyśmy umówione z dyrektorką, wiedziała mniej więcej, o czym będzie ta ekspozycja. Rozłożyłyśmy ją, ale na polecenie szefowej biblioteki została zdjęta po jednym dniu. Zrobił się z tego skandal.
Co takiego zawierała wystawa?
Dotyczyła aborcji, antykoncepcji i edukacji seksualnej. Zawierała między innymi historie różnych Polek, które dokonały aborcji albo tych, które się jej nie poddały a chciały. Była tam mowa także o traktowaniu kobiet przez kościół. Generalnie nic wstrząsającego.
Dlaczego więc ją zdemontowano?
Dyrektorka powiedziała, że to jest polityczne i takich rzeczy nie wolno wystawiać w publicznej, uniwersyteckiej bibliotece. Oskarżyła nas, że wprowadziłyśmy ją w błąd. Oczywiście to nie była prawda, bo poinformowałyśmy ją, o czym będzie ekspozycja. Ona udała, że nie wiedziała. Zrobił się z tego mały skandal, bo tą sprawą zajęły się media. Zrobiłyśmy więc kontynuację tej akcji. Zebrałyśmy różne książki jakie miałyśmy na tematy równościowe i genderowe. Chciałyśmy wręczyć je dyrektorce. Oczywiście nie przyjęła nas, do rozmowy z nami wysłała pracownika. Udała, że nie ma czasu.
Działalność Durgi to także współpraca z innymi organizacjami przy okazji różnych projektów.
Właśnie w ten sposób zorganizowałyśmy kampanię „16 dni przeciwko przemocy ze względu na płeć”. W ramach tej akcji odbył się między innymi marsz „Odzyskać noc”.
Co chciałyście nim zamanifestować?
Prawo kobiet do czucia się bezpiecznie na ulicy w nocy. Chciałyśmy przypomnieć, że nikt nie ma prawa atakować nas bez względu na to jak jesteśmy ubrane i czy jesteśmy pijane. Mamy prawo czuć się bezpiecznie, bo to jest nasze miasto, nasze ulice.
Czy była jakaś reakcja na wasze działania ze strony władz Wrocławia?
Nikt nie zareagował. Najważniejsza, jeśli chodzi o osiągnięty cel, kampania, jaką zrobiłyśmy, to blokada prywatyzacji przedszkoli. Wtedy udało nam się osiągnąć cel. Kasia Gawlicz dowiedziała się na sesji rady miejskiej, że ma być likwidowane jakaś placówka. Weszła w kontakt z przedszkolankami. Okazało się, że one są bardzo zdeterminowane, żeby utrzymać to przedszkole, więc postanowiłyśmy je wesprzeć. Uzgodniłyśmy wspólnie strategię działania i zaczęłyśmy wysyłać listy do radnych miasta Wrocławia. Pamiętam, że napisałam tekst, w którym trochę straszyłam, że jeśli będą głosować za likwidacją tego przedszkola, to osoba niżej podpisana nie będzie głosować w najbliższych wyborach na danego polityka. Kilkadziesiąt osób wysłało takie listy. W końcu jeden z radnych Unii Demokratycznej spotkał się z nami.
Jak wyglądało to spotkanie?
Przyszło dwóch mężczyzn z Unii Demokratycznej: radny i jego młody, partyjny kolega. To było bardzo dziwne spotkanie. Miałam wrażenie, że przedstawiciel rady miasta i chłopak, który był z nim, grali dobrego i złego policjanta. Jednak nauczycielki nie dały się zwieść i twardo stały na swojej pozycji. W rezultacie, właśnie dzięki głosom Unii Demokratycznej, której członkowie głosowali przeciwko albo wstrzymali się od głosu, przedszkole nie zostało sprywatyzowane.
Zajęłyście się tą tematyką także na manifie, prawda?
Tak, chciałyśmy dalej poruszać kwestie likwidowanych przedszkoli. Przyszli rodzice i nauczyciele. Mówiłyśmy wtedy także o likwidowanym targowisku na pl. Grunwaldzkim, gdzie dużą część stoisk prowadziły kobiety, fatalnej komunikacji miejskiej i drogich biletach. Generalnie miała to być refleksja na temat jakości życia kobiet we Wrocławiu. Na jaw wyszła wtedy wewnętrzna słabość feminizmu czy też po prostu jego stereotypowe postrzeganie, bo podchodziły do nas młode kobiety i pytały co feminizm ma wspólnego z targowiskami, biletami czy podobnymi kwestiami społecznymi. Do tego, jak zwykle było potwornie zimno, więc nie przyszło dużo ludzi.
To była jedna z ostatnich waszych akcji. Jak zakończyła się działalność Durgi?
Większość z nas wyemigrowała i wszystko po prostu wygasło. Ja wyjechałam do Luksemburga, Kasia była przez pewien czas na stypendium doktoranckim w Kopenhadze, a dwie pozostałe dziewczyny, które razem z nami stanowiły trzon Durgi, wylądowały w Anglii.
Czyli tak skończyła się wasza aktywność feministyczna?
Nie. Później założyłyśmy i działałyśmy w ramach stowarzyszenia Społeczeństwo Aktywne. To organizacja mieszana, ale zakładamy, że perspektywa feministyczna jest w naszą działalność wkalkulowana. Staramy się zawsze patrzeć, czy w stowarzyszeniu jest równowaga władzy między kobietami a mężczyznami. Poza tym w każdym naszym działaniu próbujemy wspomnianą perspektywę feministyczną uwzględniać. Mamy program „Altergodzina” w Radiu LUZ, w którym zawsze mówimy o wydarzeniach ważnych z punktu widzenia kobiet. Nagłaśniamy takie kwestie. Myślę jednak, że prawdziwie feministyczna organizacja skończyła się na Durdze.
Społeczeństwo Aktywne to w twoim przypadku działalność na odległość.
Co prawda jestem zagranicą, ale jak tylko przyjeżdżam do Polski, staram się coś robić. Podrzucam materiały, przygotowuję z kimś „Altergodzinę” albo po prostu się spotykamy i uczestniczę w walnym zebraniu Społeczeństwa Aktywnego.
Czy na tym kończy się twoja obecna aktywność społeczna?
W Luksemburgu również trafiłam do grupy mieszanej, w której przeważają chłopcy. Wydajemy niezależną gazetę „Queesh”. Druga grupa, w której uczestniczę, Infoladen, organizuje małe centrum społeczne. Natomiast moja działalność feministyczna przeniosła się na poziom międzynarodowy. W 2006 byłam na konferencji „Instytut dla Młodych Kobiet” w Meksyku. Poznałam tam dziewczyny z całego świata, ale i z naszej części Europy. Wtedy wpadłyśmy na pomysł, żeby zrobić spotkanie tylko dla młodych kobiet. Zaczęłyśmy go rozwijać. Na początku plan był ambitny. Chciałyśmy zrobić coś na kształt Forum Społecznego, tylko właśnie dla węższego grona uczestniczek. Dodatkowo miało się ono koncentrować na regionie Europy środkowo – wschodniej i południowej. Później znalazłyśmy kontakty z fajnymi dziewczynami z Zachodu i pomyślałyśmy, że na początek można zrobić coś większego. Próbowałyśmy się podłączyć pod Europejskie Forum Feministyczne, które miało się odbyć w Polsce we wrześniu 2008. Dziewczyny były nami zainteresowane i bardzo nas wspierały, żebyśmy zrobiły spotkanie dla młodych kobiet przed ich konferencją. Niestety nie udało im się zebrać funduszy. My jednak nie zrezygnowałyśmy. Zdobyłyśmy grant od fundacji Mama Cash Grants z Holandii i zorganizowałyśmy nasze spotkanie w Warszawie. Było ono pomyślane w ten sposób, żeby stworzyć sieć młodych aktywistek feministycznych z różnych krajów Europy. Trafiły do nas dziewczyny z Litwy, Łotwy, Armenii, Polski, Holandii, Finlandii.
Nad czym dyskutowałyście?
O tym jakie są problemy młodych kobiet w konkretnych społeczeństwach i w samym feminizmie. Próbowałyśmy znaleźć odpowiedzi na pytania: Co to znaczy młoda? Czy taka kategoria istnieje? Jak ją zdefiniować? Czy powinnyśmy ustalać granicę wieku przynależności do sieci i czy np. 35 lat ma być taką granicą? To były trudne dyskusje.
Czy wypracowałyście wspólne stanowisko?
Postanowiłyśmy, że przyjmujemy osoby, które uważają, że opresja społeczna, które je dotyka, dotyka je ze względu na wiek i na to, że są kobietami. Starałyśmy się określić jak kategoria „młoda kobieta” funkcjonuje w społeczeństwie. Przecież może się zdarzyć tak, że jakaś kobieta, subiektywnie, nie czuje się młoda czy stara, a nawet może nie czuć się kobietą. Powiedzmy, że nie identyfikuje się z tymi kategoriami. Mimo wszystko przez otoczenie jest tak odbierana. To warunkuje różne sfery jej życia, np. sytuację na rynku pracy.
Wspomniałaś o problemach młodych kobiet w feminizmie. Jakie to problemy?
To głównie kwestia relacji ze starszymi pokoleniami i problem zdobywania funduszy na działalność. Niestety, wydaje mi się, że w polskie feministki są ze sobą mało solidarne. Być może jest to spowodowane trudnymi warunkami działania, ciągłą niepewną sytuacją finansową organizacji. Często nie realizuje się tych projektów, które by się chciało, ale te, na które akurat można dostać pieniądze. To frustrujące. Myślę, że szczególnie dla młodych kobiet, które wkraczają do ruchu z dużymi ambicjami, szczytnymi celami.
Jakie jeszcze problemy dotyczą młodych kobiet?
Dużo mówiłyśmy o tym, że doświadczamy ogromnej presji pod różnymi względami. Z jednej strony kapitalizm próbuje nam wmówić, że musimy robić karierę i być: prężne, energiczne, elastyczne, mobilne, dyspozycyjne i nie wiadomo jakie jeszcze. Generalnie nas eksploatuje, bo wiadomo, że kobiety, zwłaszcza młode, zarabiają mało i mają bardzo niestabilne warunki pracy. Z drugiej strony w Polsce panuje katolicki partiarchat czyli presja, że musisz zostać w domu, bo rodzina jest najważniejsza. Możesz nawet skończyć szkołę, ale jeśli masz dzieci, powinnaś zajmować się nimi, rezygnując z pracy. Z tych dwóch stron wywierany jest nacisk na młode kobiety, którym ciężko podejmować decyzje, które, tak nam się wydaje, są faktycznie ich własnymi wyborami, w miarę autonomicznymi, bez poczucia winy, że nie jesteś jakaś tam.
Rozmawiałyście pewnie o specyficznych sytuacjach w swoich krajach. A może coś łączy wszystkie kraje, których przedstawicielki przyjechały do Warszawy?
Doszłyśmy do wniosku, że sytuacja ekonomiczna wszędzie jest zła. Skrajnie różne przypadki to mogłaby być z jednej strony Armenia, a z drugiej Holandia. W Gyumri, mieście, z którego przyjechały dziewczyny, jest 70% bezrobocia. Żeby przetrwać, mężczyźni wyjeżdżają do Rosji albo na Zachód i przysyłają pieniądze do domu. Kobiety zostają w domu. Obowiązuje tradycyjna struktura społeczna. Dziewczyny, które uczestniczyły w konferencji są niepełnosprawne fizycznie. Jedna z nich założyła organizację dla kobiet ze specjalnymi potrzebami, między innymi tych z niepełnosprawnościami fizycznymi. One walczą o to, żeby młode kobiety wyszły z domu i zaczęły robić coś same. Wydaje mi się, że to początek ich aktywizacji. Pozwoli im to chociaż w pewnym stopniu odłączyć się od rodzin. Chociaż myślę, że one nie chcą się westernizować i zrywać z tradycyjną strukturą rodzinną. W ich kraju dzieci, nawet dorosłe, mieszkają z rodzicami. Wielopokoleniowe rodziny żyją w jednym domu. Miałam wrażenie, że one nie chcą tego zmieniać. Takie silne związki rodzinne dają im siłę. Uczestniczki naszej konferencji chciały natomiast, żeby młode kobiety organizowały się między sobą i były chociaż trochę niezależne.
Zupełnie inny przypadek to sytuacja Dyi, dziewczyny z Holandii. Ona niby ma niezależność. Pracuje, mieszka sama, ale sytuacja na rynku pracy jest na tyle zła, że nie jest w stanie, nawet tam, zarobić tyle, żeby mogła zaplanować swoją przyszłość. Nie jest w stanie kupić mieszkania, założyć rodziny. Pracuje w banku, gdzie trafiła przez przypadek. Ma pracę, która jej tak naprawdę nie interesuje. Musi tam pracować, bo to dla niej jedyna możliwość zarabiania na siebie. Być może to są właśnie te dwie sytuacje, które w gruncie rzeczy mają bardzo dużo cech wspólnych.
W pewnym momencie zaczęłyście współpracować z Global Women’s Strike. Jak dowiedziałyście się o istnieniu tej organizacji?
Kasia poznała jej członkinie na Europejskim Forum Społecznym we Florencji. Opowiadała nam, że to świetna organizacja. Pierwszy projekt zrobiłyśmy z nimi już jako Społeczeństwo Aktywne. To było w 2006 na Europejskim Forum Społecznym w Atenach. Przygotowałyśmy razem warsztat na temat ruchu kobiecego i antywojennego, ich wspólnych cech i możliwości współpracy. Byłyśmy też z Kasią w ich siedzibie, w Londynie. Zrobiłyśmy wywiad z Selmą James, założycielką tej organizacji. Działaczki pokazywały nam, jak się organizują w swoim centrum, jakie kontakty mogłyby nam ewentualnie dać. Wszystko było bardzo ciekawe. Problem polegał na tym, że nie do końca potrafiłyśmy skorzystać z tej wiedzy, bo nie byłyśmy w stanie się zorganizować tutaj na miejscu, głównie ze względu na sytuację życiową.
Mówisz o konferencjach w różnych zakątkach świata: Meksyk, Ateny, Wenezuela. Czy takie wyjazdy trzeba finansować z własnej kieszeni?
Różnie to było z poszczególnymi wyjazdami. Część rzeczywiście opłacałyśmy same. Niektóre, jak Europejskie Fora Społeczne, zwracały nam część kosztów z funduszu solidarnościowego, który wspiera ludzi z Europy Środkowej i Wschodniej. Czasami organizatorzy lub organizatorki pokrywają wszystkie koszty dojazdu i uczestnictwa w konferencji.
Skoro jesteśmy przy kwestiach finansowych, jak rozwiązywałyście je w Durdze?
Naszą działalność opierała się ona głównie na tym, że organizacje kobiece czasem coś nam dały. Miałyśmy też swoje składki, ale to nie były duże sumy. Potrzebowałyśmy pieniędzy na drukowanie ulotek, plakaty.
Kolejny etap waszej działalności to współpraca z żeńską sekcją Komitetu Pomocy i Obrony Represjonowanym Pracownikom. Jak do tego doszło?
W styczniu 2006 roku grupa ta powstała przy Wolnym Związku Zawodowym „Sierpień 80”. Wszystko z inicjatywy kilku związkowców nielegalnie zwolnionych z pracy, którzy postanowili zawiązać ten komitet, żeby zajmował się pomocą prawną i organizowaniem akcji politycznych. Dzięki prawnikom, których „Sierpień 80” był w stanie zatrudnić ci mężczyźni wygrali w sądzie i zostali przywróceni do pracy.
W Warszawie część środowisk feministycznych, tych bardziej radykalnych, zbliżyła się do komitetu. Dziewczyny postanowiły założyć w nim sekcję żeńską, żeby zająć się sytuacją kobiet, które są wyrzucane z pracy lub próbują założyć związki zawodowe w swoich miejscach pracy. Jako Społeczeństwo Aktywne nawiązałyśmy współpracę z KPiORP i ich sekcją żeńską, w ramach której zorganizowałyśmy kilka manifestacji.
W tym jedną szczególną we Wrocławiu…
Cieszę się, że ją dostrzegłaś. Zorganizowaliśmy ją w obronie naszej koleżanki, która została zwolniona z pracy przez Zdzisława Smektałę – organizatora corocznego festiwalu „Blues Brothers Day”. Przez rok ciężko pracowała przy jego organizacji bez umowy o pracę. Co miesiąc pracodawca obiecywał jej, że za miesiąc podpisze z nią kontrakt. W końcu zdenerwowała się i postawiła sprawę jasno. Wtedy została zwolniona. Smektała powiedział, że ona jest feministką i feminizm przewrócił jej w głowie. Postanowiliśmy zorganizować demonstrację przed Teatrem Polskim, gdzie odbywał się „Blues Brothers Day”.
Jakie kroki, oprócz samej manifestacji, podjęliście?
Napisaliśmy do wszystkich muzyków, którzy mieli tam grać, o tym jak festiwal jest organizowany i jak wiele przekrętów temu towarzyszy. To jest impreza zamknięta, można na nią wejść tylko z zaproszeniem. W sprzedaży jest jakaś niewielka liczba biletów, nawet nie wiem, czy nadal jest. Zaproszenia dostaje się przede wszystkim za „wsparcie finansowe”, co oznacza, że trzeba wpłacić na konto Smektały jakieś pieniądze. Niby ma to być forma sponsoringu festiwalu, ale tak naprawdę to sponsoring Smektały. On wynajmuje teatr, a to przecież jest przestrzeń publiczna, która jest wykorzystywana na prywatną imprezę biznesmenów i elit politycznych, które spotykają się we własnym gronie. To wszystko jest obrzydliwe. Organizator miał pomysł, żeby gości obsługiwali młodzi ludzie przebrani za robotników. Na wzór plakatów socjalistycznych.
Czy któryś z muzyków odpowiedział na wasz list?
Nawiązaliśmy współpracę z Keithem Dunnem. Okazało się, że ma bogatą przeszłość polityczną, bo był w Partii Czarnych Panter w USA. On jest czarnoskórym muzykiem bluesowym i był wściekły na to, jak festiwal jest organizowany. O niczym wcześniej nie wiedział, bo wszystko załatwiali menadżerowie i agencje. On nie zdawał sobie sprawy, że nie ma to nic wspólnego z ideą bluesa. Dodatkowo Smektała wykorzystał jego twarz na plakatach promujących festiwal, na co on nie wyraził zgody. Dowiedział się dopiero jak przyjechał i zobaczył swoją na nich swoją twarz. W odpowiedzi na list, napisał, że niestety nie może odwołać koncertu, bo to już nie chodziło tylko o niego, ale o zespół, muzyków. Obiecał jednak, że będzie z nami na demonstracji pod teatrem i później zostanie dłużej i na zewnątrz zagra koncert za darmo. Faktycznie tak było. To była fajna demonstracja.
Czy pomogło to jakoś tej koleżance?
W tym jest cały problem w Polsce i w ogóle. Ona wyemigrowała. Sprawa trafiła do sądu. Obrończynią naszej znajomej była prawniczka, która współpracuje między innymi z Kampanią Przeciwko Homofobii i Komitetem Pomocy i Obrony Represjonowanych Pracowników. Miałaby szanse wygrać, ale wyjechała i sprawa utknęła w martwym punkcie. Nie wiem, co się z nią później działo. Mimo to, akcja dodała nam sił. Myślę, że wszyscy wspominają ją jako jedną z fajniejszych, które zorganizowaliśmy.
Tagi: durga, ola markiewicz, wywiady