Kulturalne wojaże Lecha M. Część Pierwsza: Wall-E

By lem

Zupełnie przypadkiem pierwszy wolny lipcowy dzień zaowocował pokaźnym zasobem przeżyć kulturalnych różnej proweniencji, co postanowiłem skrzętnie wykorzystać do zainicjowania na blogu Nowego Tworzywa cyklu relacji pod hasłem “Kulturalne wojaże Lecha M”. Dziś dwie pierwsze części. Na początek mini-recenzja filmu “Wall-E”, co zagorzałych fanów i przeciwników NT może dziwić, ale zaraz postaram się skrupulatnie umotywować, dlaczego animację Pixara postanowiłem opisać na tym zacnym, zorientowanym na kulturę wysoką, blogu.

Otóż “Wall-E” jest filmem wizjonerskim, zrealizowanym z pasji i z pasją, przepełnionym miłości do kina, jego magii, odrębności jako medium. Kiedy niedawno uczestniczyłem w seansie “Kung Fu Pandy”, wakacyjnego hitu głównego konkurenta autorów “Toy Story”, czyli DreamWorks (“m.in.”Shrek” i “Madagaskar”), nie potrafiłem wyzbyć się poczucia, że animacja ta, nie jest niczym więcej jak produkcyjniakiem, obliczonym na maksymalne zyski w kasach kinopleksów. Grubo ciosane postaci, brak intrygującej fabuły, jedynie nie najwyższych lotów żarty – tak wyglądałaby do szczętu skondensowana recenzja tej bajki. Tymczasem “Wall-E” przenosi nas w inną galaktykę. Historia siedemsetletniego robota,  samotnie po tylu latach od katastrofy biologicznej, która zmusiła mieszkańców Ziemi do opuszczenia planety, wciąż niestrudzenie utylizującego śmieci, budując z nich wielopoziomowe budowle, na kształt wielkomiejskich bloków, wspaniale oddziałuje na emocje. Widz lubi tytułowego bohatera i jego ukochaną Ewę, kibicuje im na każdym kroku. Zabrakło tu taniego humoru, za to jest niezwykle gorzka, i – wydaje się – trafna obserwacja naszej współczesności. Ludzie z animacji Pixara, poświęcają czas jedynie ogłupiającym rozrywkom, koncentrują się na skarykaturyzowanej do granic niemożliwości konsumpcji dóbr wszelakich, beztrosko wegetując, bo nie można tego nazwać życiem, w kosmicznym statku.

“Wall-E” w drugiej części traci nieco ostrość, pazur krytyki zostaje przytępiony, ale dalej możemy fascynować się wspaniałą animacją postaci – Pixar po raz nie wiadomo który wyprzedza o dwa potężne kroki konkurencję – a także cudną historią uczucia dwójki robotów. Ponadto każdego kinomana ucieszy mnogość nawiązań do klasyki kina SF, począwszy od “Odysei Kosmicznej 2001″ po “Bliskie spotkania trzeciego stopnia”.

Ok, nie jest to Antonioni, Kubrick, Allen czy Haneke. Ale to właśnie “Wall-E” stanowi esencję kina  – skutecznie bawi, ale wcale nie odmóżdża. I o to w X Muzie chodzi.

Tekst: Lech Moliński

Wkrótce Część Druga: Kino Japońskie-Legenda i Współczesność, dzień I

A potem: Podwodny Wrocław, ArtAnimAkcja i wiele innych. Zapraszamy do lektury!

Tagi: , , , , , ,

Odpowiedzi: 5 do “Kulturalne wojaże Lecha M. Część Pierwsza: Wall-E”

  1. panZdzich mówi:

    bardzo Cie polubilem chlopie! :-)

  2. panZdzich mówi:

    wszystkie Ryśki to porządne chłopy!!

  3. piotrekgawlinski mówi:

    kiedy dalsza część podróży?

  4. Pat mówi:

    Chyba jaka pan Lech M. wróci z tych wojaży… :)

  5. piotrekgawlinski mówi:

    na to wygląda

Dodaj komentarz